Skip to content

Wymówki, wymówki

Kwiecień 5, 2010

Zmieniłam tytuł bloga, bo jedyne, co mu pozostało wspólnego z relacją „na gorąco”, to moja polska ksywa, w dodatku tutaj niewidoczna. Z Afryki wróciłam ponad miesiąc temu, kronika podróży zatrzymała się na pierwszym pełnym dniu wyprawy – nie ma to jak słomiany zapał! Choć tu nie o zapał tylko chodzi – ja obwiniam głównie pracę 😉

Ciężko po tak długim czasie usiąść i przenieść się z powrotem do tych wspomnień, odtworzyć te wszystkie wrażenia i odczucia – zwłaszcza, jeśli robi się to w skradzionych momentach. Poza tym jest jeszcze jedna przeszkoda – boję się trochę, że jak zacznę za bardzo myśleć, wspominać i odtwarzać tutaj, wśród codziennych stresów i frustracji w wyjątkowo paskudnym tej wiosny Paryżu, to wpadnę w depresję, że mnie tam już nie ma i raczej przez długi czas nie będzie.

Obiecałam sobie jednak, że bloga nie zarzucę i całą wyprawę opiszę (plus wszystko inne, o czym wspominałam tutaj po powrocie) – chociażbym miała być jedyną ostałą się tu czytelniczką.

Reklamy

Kronika podróży: droga do Aruszy

Marzec 14, 2010

Poranne Nairobi jest zdecydowanie pozbawione owej „niebezpiecznej” aury z poprzedniej nocy. Słońce grzeje już na długo przed ósmą, ćwierkają ptaki i …małpy, a przed hotelem uwijają się kierowcy licznych busów do Tanzanii, zaczepiając nas co chwilę i zachwalając zalety swojego „luksusowego” środka transportu. Przy śniadaniu (full English breakfast!) dołącza do nas Daniel z agencji od Kilimandżaro i przepraszając wylewnie za nieporozumienie z kierowcą „odprawia” nas do busa do Aruszy. To nasze pierwsze spotkanie z afrykańską „obsługą klienta” i szczerze mówiąc, jesteśmy trochę oszołomieni – Daniel traktuje nas jak swoje dzieci, które po raz pierwszy jadą gdzieś same (hm, a może Europejczycy po raz pierwszy poruszający się na własną rękę po Afryce to właśnie są takie dzieci?), jest tak miły i nadskakujący, że aż nam głupio.

W minibusie praktycznie sami cudzoziemcy – jedziemy w końcu do tanzańskiej Aruszy, najbardziej chyba turystycznego miasta w tym regionie (to stąd organizowane jest większość safari i wypraw na Kilimandżaro).

Przejeżdżamy przez budzące się do życia Nairobi – znowu ruch, niewiarygodne korki, a w nich nie tylko samochody, kolorowe ciężarówki i maksymalnie przeładowane matatu (minibusy będące tu najpopularniejszym środkiem transportu miejskiego) z pasażerami wystającymi z pootwieranych drzwi i okien, ale też osły i garbate afrykańskie krowy ciągniące przyczepy z towarem na któreś z licznych targowisk. Są też tacy, którzy nie zawracają sobie głowy zwierzętami pociągowymi i sami biegną wśród tej kakofonii pojazdów, ciągnąc za sobą obładowane drewniane wózki.

Na poboczach dróg mnóstwo małych bazarów, głównie z jedzeniem i butami, kolorowo ubrane kobiety przygotowują poranną „owsiankę” na otwartych paleniskach, wszędzie grupki siedzących i czekających (na co?) mężczyzn, egzotyczne drzewa obsadzone wielkimi egzotycznymi ptaszyskami – a obok tego wszystkiego nowoczesne budynki światowych koncernów, znane sieci hoteli i sklepy, centra handlowe, czyli jak w każdym wielkim mieście.

drogi_afryki

"On the road" w wersji afrykańskiej

Niemal równocześnie z momentem, gdy zostawiamy za sobą zabudowania Nairobi, kończy się też asfalt – poznajemy uroki bitych afrykańskich dróg. Podskakując po wertepach i łykając czerwony kurz (jest za gorąco, by zamknąć okno) napawamy się krajobrazami za oknem – choć teraz to głównie wysuszona, półpustynna niemal sawanna (znawców z góry przepraszam za moje mało eksperckie określenia fauny i flory!). Co jakiś czas da się zauważyć osady Masajów z charakterystycznymi okrągłymi chatkami z błota – im bliżej Tanzanii tym ich więcej, pojawiają się też ich wysocy, szczupli, charakterystycznie odziani i uzbrojeni w dzidy mieszkańcy, pasący stadka chudych kóz i bydła, tudzież siedzący w cieniu drzewa i wysyłający sms-y… 
Masaje

Masaje odpoczywający w cieniu drzewa

 Na granicy z Tanzanią spędzamy dobrą godzinę, panuje tu istny chaos, szwęda się mnóstwo naganiaczy polujących na napiwek od zdezorientowanych turystów, między samochodami Masajki sprzedające koraliki i inne pamiątki, a do tego mnóstwo osób, które wydają się po prostu chodzić bez celu w te i wewte. Załatwienie tanzańskiej wizy jeszcze w Paryżu okazało się dobrym posunięciem – teraz nie musimy wędrować z grupkami zagubionych białych turystów między jednym, drugim, trzecim okienkiem a bankiem; siedzimy sobie cwanie na krawężniku i rozbawieni oglądamy to całe zamieszanie.  A przy okazji podziwiamy widoki, bo granica w Namanga usytuowana jest niezwykle malowniczo między kenijskimi i tanzańskimi wzgórzami.
granica_tanzania_kenia

Kobiety sprzedające pamiątki na przejściu granicznym Namanga

Tanzania wita nas nieco lepszymi drogami i… ulewnym deszczem. W Afryce nie kropi ani nie mży, w Afryce jeśli już pada to na całego – „europejskie” urwanie chmury to najłagodniejsze potraktowanie jakie deszcz nam w ciągu tego miesiąca zafundował. Tumany kurzu momentalnie zamieniają się w masę błota, życie jednak wciąż w dużym stopniu toczy się na zewnątrz. Zauważamy, że jesteśmy w innym rejonie etnicznym – otuleni czerwonymi kocami dłudzy i smukli Masaje ustąpili miejsca niezwykle kolorowemu (i niższemu) plemieniu uprawiającemu (nawet w tym ulewnym deszczu) małe poletka. Za nimi na horyzoncie pojawia się majestatyczna Mount Meru z mocno ośnieżonym wierzchołkiem – przełykam ślinę na myśl, że ten kolos jest o ponad tysiąc metrów niższy niż Kilimandżaro, na które planuje za tydzień wejść…

Póki co pojawiają się pierwsze zabudowania Aruszy i już na pierwszy rzut oka widać, że to trzecie co do wielkości tanzańskie miasto, niewiele ma wspólnego z wielkomiejską Nairobi. Bardziej przypomina typową afrykańską przydrożną osadę – ni to wieś, ni to miasto – jakich dziesiątki mijaliśmy po drodze. Moje wrażenie jakoby potwierdza nasza sąsiadka w podróży, urodzona w Aruszy Australijka, która wznosi okrzyki zachwytu, kiedy autobus zatrzymuje się na światłach drogowych – dowiadujemy się, że to nowe, drugie już (!) światła w tym dużym przecież mieście.

tanzanskie_miasto

W północnotanzańskim mieście

W Aruszy, jak w większości typowych afrykańskich miast, życie toczy się na ulicy, na poboczach tłumy ludzi, którzy handlują, gotują, jedzą, obcinają klientom włosy i ich golą, ale przede wszystkim siedzą i obserwują. To, co uderza mnie tutaj jednak najbardziej to niezwykle bujna roślinność – rozbujała afrykańska przyroda nie dała się ujarzmić nawet w centrum miasta. Gatunki, które w Europie znam jako karłowate ozdobne krzewy tutaj rozrosły się do rozmiarów wielkich drzew – ich kwiaty tworzą soczyście kolorowe plamy wśród plątaniny palm, bananowców i dziesiątek innych drzew, których w swojej botanicznej ignorancji nie potrafię nazwać…

W końcu nasz busik dojeżdża do stacji autobusowej, gdzie momentalnie oblega go kilkunastu naganiaczy i „przewodników”. Ci panowie będą towarzyszyć nam w każdym turystycznym miejscu w Tanzanii, a ich kreatywność w zdobywaniu naiwnych klientów czasem naprawdę robi wrażenie (po jakimś czasie zaczynamy bawić się w typowanie naganiacza z największą wyobraźnią). Na szczęście nie daję się nabrać panu z profesjonalnie wydrukowaną listą tutejszych hoteli, którego możnaby wziąć za oficjalnego ich przedstawiciela, na horyzoncie z kartką z naszymi nazwiskami pojawia się bowiem kierowca z biura, które zabierze nas jutro na safari.

Tak, teraz tylko jakiś mały rekonesans okolic, dobry obiadek w jednej z lokalnych restauracji (udaje nam się znaleźć pysznego Hindusa), prysznic i odpoczynek w naszym całkiem eksluzywnym hotelu – a jutro z samego rana wyruszamy na pięciodniowe safari!

Migawki z Nairobi

Marzec 13, 2010

Niestety w stolicy Kenii nie spędziliśm tyle czasu, by mieć szansę pochodzić po niej z aparatem i pstryknąć parę zdjęć. W ogóle widzieliśmy to miasto wyłącznie zza szyb taksówki i busa – mam nadzieję, że to zaniedbanie uda się nam kiedyś nadrobić, bo mimo swojej druzgoczącej reputacji, Nairobi to ciekawe miejsce, gdzie można wiele zobaczyć i przeżyć (i to niekoniecznie tylko rozbój w biały dzień, jak każą nam wierzyć niektóre przewodniki…). To przecież główne centrum ekonomiczno-kulturalne rejonu Afryki Wschodniej, miejscami bardzo kosmopolityczne i przyjazne cudzoziemcom, których zresztą całkiem sporo tu mieszka.

Niestety, jak każde wielkie miasto globalnego południa, Nairobi to także miejsce ogromnych kontrastów – obok szklanych drapaczy chmur i pięciogwiazdkowych hoteli, znajdziemy tu slumsy, biedę i ogromną niesprawiedliwość społeczną. Poniższe zdjęcia to parę migawek z życia tego wschodnioafrykańskiego kolosa. Zdjęcia ukazały się w tym tygodniu na stronie boston.com, w fascynującym fotoreportażu poświęconym dzisiejszej Kenii – gorąco polecam obejrzenie całości tutaj, fotografie są przepiękne, choć momentami wstrząsające.

Podmiejski pociąg dowożący ludzi do pracy w centrum Nairobi podczas strajków kierowców matatu (małych busików będących najpopularniejszym środkiem transportu publicznego w kenijskich miastach) będącym protestem przeciw korupcji miejscowej policji (każdy autobus i samochód, którym jechaliśmy w Kenii i Tanzanii był zatrzymywany conajmniej parę razy przez policjantów z drogówki upominających się o łapówki). (REUTERS/Thomas Mukoya)

Wykolejony pociąg towarowy na przedmieściach Nairobi – w tle blaszane dachy ciągnących się na kilometry biednych dzielnic mieszkalnych. (Simon Maina/AFP/Getty Images)

Wysypisko śmieci w Nairobi – i przeszukujący jego zawartość ludzie i zwierzęta. Takie wysypiska śmieci w środku miasta to zjawisko dość częste, sami widzieliśmy podobną scenkę (choć na dużo mniejszą skalę) w centrum Mombasy. Lokalna społeczność próbuje walczyć z władzami o zlikwidowanie tych miejsc – póki co bezskutecznie. (Simon Maina/AFP/Getty Images)

Lekcje samoobrony w Korogocho, jednym z najniebezpieczniejszych slumsów Nairobi. Zajęcia organizuje grupa założona w 2007 przez mieszkańców osiedla w reakcji na liczne gwałty na starszych kobietach dokonywane przez grupy młodych bandytów przekonanych, że aktywne seksualnie młode dziewczyny zarażone są AIDS. (Tony Karumba/AFP/Getty Images)

Więcej zdjęć z Kenii, również tych ukazujących niezwykłe piękno i malowniczość tego kraju, tak kontrastujące z poważnymi problemami społecznymi, znajdziecie tutaj.

Kronika podróży: pierwsza noc w Afryce

Marzec 13, 2010

Samolot Kenya Airways („The Pride of Africa”) dostarcza nas do Nairobi późnym wieczorem. Lecimy razem ze znajomymi, dla których to też pierwsza afrykańska podróż (ja wprawdzie byłam wcześniej w Egipcie i Maroku, ale Afryka Północna to trochę inna bajka) – wszyscy jesteśmy zatem dość mocno podekscytowani. Na lotnisku mają czekać na nas kierowcy, którzy odwiozą nas do dwóch różnych hoteli – Axel i Michelle mają zorganizowany tydzień w Kenii, my już następnego dnia rano ruszamy do tanzańskiej Aruszy (transport załatwiła nam firma, z którą będziemy wchodzić na Kilimandżaro). Jest tylko mały problem – naszego kierowcy nie ma.

Po kilkunastokrotnym przedefilowaniu przed, za i wokół powitalnego tłumu oraz bezskutecznych próbach znalezienia na trzymanych przez ludzi kartkach czegoś, co choć odrobinę przypominałoby nasze nazwiska, stwierdzamy, że istnieją dość duże szanse, że naszego kierowcy w ogóle tu dzisiaj nie będzie. Jako że jest już dość późno, a w głowie mamy mocno zakodowane, że Nairobi to najniebezpieczniejsze miasto Afryki, postanawiamy nie szukać na własną rękę alternatywnego środka transportu, tylko uśmiechnąć się do kierowcy znajomych (uśmiecha się najskuteczniej za pomocą kilkunastu dolarów) i poprosić o podwiezienie do naszego (mamy nadzieję, że jednak zarezerwowanego) hotelu.

Wieczorne Nairobi uderza swoją intensywnością – wszystko wydaje się tu jakby mieć większe natężenie niż u nas na „spokojnej północy”: ruch uliczny, hałas, zapachy i przede wszystkim rozbujała tropikalna roślinność, pomimo, że jesteśmy przecież w ogromnym mieście. Odstawiamy Axela i Michelle w ogrodzonym, przytulnym i ładnym hotelu na obrzeżach miasta. Czeka tam na nich ich przewodniczka, Helen, Francuzka od lat mieszkająca w Kenii, która po przywitaniiu swoich gości prosi naszego kierowcę o podwiezienie jej pod dom – który okazuje się być jakieś 100 metrów od hotelu! Wyjaśnia nam, że nigdy nie chodzi w tym mieście po ciemku i znika za bramą, której pilnuje dwóch ochroniarzy. Hm. Przypominam sobie, że kiedy międzynarodowa organizacja, w której pracowałam w Londynie, wybierała lokalizację nowego biura regionalnego w Afryce Wschodniej, wszyscy stali bywalcy afrykańskich metropolii bardzo mocno przekonywali, żeby absolutnie nie było to Nairobi – choć ze względów praktycznych i transportowych miałoby to największy sens…

Nasz hotel znajduje się w samym centrum, w miejscu, które w każdym mieście raczej nie słynie ze spokoju – przy samym dworcu autobusowym. Zdecydowaliśmy się na tani nocleg tutaj, żeby rano mieć busa do Tanzanii pod samym nosem. Po doświadczeniu z Helen trochę wątpię w to, czy był to dobry wybór… za chwilę zwątpię jeszcze bardziej, zatrzymujemy się bowiem pod budynkiem, w którym panuje całkowita cisza i ciemność… Piękny początek – nie było umówionego kierowcy, nie ma umówionego hotelu, ciekawe co dalej? Nawet naszemu kierowcy mina trochę rzędnie, na szczęście okazuje się, że hotel jest otwarty, choć na recepcji panuje wielka konsternacja, bo w budynku właśnie wysiadł prąd. Udaje nam się w końcu ustalić, że mamy zarezerwowany pokój, ba! dostajemy nawet świeczkę, z którą obładowani plecakami wspinamy się na trzecie piętro po labiryncie wąskich schodów.

W malutkim pokoju jest okrutnie gorąco, nad łóżkiem wisi moskitiera (nigdy nie spałam pod moskitierą!), w łazience nie ma ciepłej wody – ale w sumie to nieważne, w końcu to nie Hilton. Zresztą, wszystko jest względne – kiedy nagle włączają prąd i zaczyna działać wiatrak, czuję się już niemal jak w Hiltonie! Idziemy do pobliskiej restauracji (następne drzwi, na razie dalej boimy się nocnego Nairobi) na kolację. Nad barem portret prezydenta Kenii, w telewizji afrykańska telenowela, na stoliku cerata i plastikowe kwiaty, w menu mnóstwo niewiadomych. Zamawiamy ugali –  podstawowy „wypełniacz” kuchni wschodnioafrykańskiej, zrobiony z mąki kukurydzianej i wody, a do tego różne warzywa, sos i mięso (ja biorę jagnięcinę, Maciek szaleje i prosi o gulasz z kozy). Ugali  ubite w wielką kluchę smakuje jak gęsta i trochę mdława kasza manna, cała reszta popijana lokalnym piwem Tusker – przepyszna. Wokół nas sami miejscowi, bohaterowie opery mydlanej w telewizji rozmawiają w suahili, na etykietce piwa słoń, zza otwartych drzwi lokalu bucha do środka gorące nocne powietrze. Jesteśmy w Afryce!

Out of Africa

Marzec 6, 2010

No i wróciliśmy do mroźnej Europy, w ciągu ośmiu godzin lotu cofnęliśmy się o dwie pory roku, jakieś 30 stopni – i przynieśliśmy do całkiem innego świata. W Paryżu wylądowaliśmy w środę, ja jednak czuję, że na razie wróciłam tylko fizycznie – głowę i serce mam wciąż pełne Afryki! (Nawet wczorajsze nadrabianie popkulturowych zaległości w postaci głośnego Awatara nie pomogło – oglądając fantastyczną trójwymiarową dżunglę wciąż myślałam o tropikalnych lasach deszczowych Tanzanii). Wygląda na to, że wpadłam i złapałam bakcyla Afryki na dobre – tym bardziej, że podwaliny tej fascynacji budowałam juz od dobrych paru lat (i to zarówno na gruncie zainteresowań osobistych, jak i zawodowych).

W związku z tym ten blog ma szansę stać się projektem o wiele bardziej długoterminowym niż w pierwotnym zamiarze. Zacznę oczywiście od zwyczajnej kroniki podróży (to mój plan na weekend), potem będzie trochę bardziej tematycznych wpisów (lojalnie uprzedzam, że mam lekką obsesję na punkcie afrykańskich zwierzaków!), recenzji książek z Afryką w tle (zarówno tych przeczytanych w podróży powieściowo-pamiętnikowo-podróżniczych, jak i paru antropologiczno-kulturowych oraz tych bardziej specjalistycznych, wokółzawodowych, związanych z rozwojem międzynarodowym i pomocą humanitarną), będzie też trochę zdjęć oraz – jeśli wystarczy mi samodyscypliny – opisy moich wcześniejszych podróży po Egipcie i Maroku, które okazały się świetną wprawką przed Afryką „właściwą”.

Ale na początek dla tych, którzy nie mają aż tyle cierpliwości, podsumowanie wyprawy w telegraficznym skrócie:

  • ilość dni: 28 (24 w Tanzanii i 4 w Kenii)
  • ilość zdobytych szczytów: 1 (ale za to jaki!!)
  • ilość osób w ekipie troszczącej się o to, abym ten szczyt zdobyła: 16 (!)
  • ilość odwiedzonych parków narodowych: 3
  • ilość spotkanych lwów: 30 (!)
  • ilość zaliczonych wschodów słońca: 5
  • ilość dni spędzonych wyłącznie na trasie hamak-ocean-bar: 4
  • ilość godzin spędzonych w ‚luksusowych’ afrykańskich autobusach: 35
  • ilość przeczytanych książek: 7
  • ilość kupionych koralików, kolorowych szmatek i wisiorków: hurtowa
  • ilość wypitych piw Kilimanjaro: przerażająca
  • ilość skutecznych połączeń z internetem: 1
  • ilość zdjęć na karcie: grubo ponad 2000
  • ulubione zwierzę: gepard
  • ulubiona potrawa: fish curry w restauracji-budce na zanzibarskiej plaży
  • ulubiony dodatek do potraw: mleko w proszku NIDO (wspomnienia z dzieciństwa!)

A bardziej elokwentne podsumowanie już wkrótce…

To już jutro

Luty 2, 2010

Wir końcowych przygotowań. Aż się wierzyć nie chce, że ja, która zawsze pakuję się na godzinę przed wyjściem z domu, zaczęłam już wczoraj. No ale z tą wyprawą się inaczej nie da – nie dość, że lista zakupów jest dłuższa niż listy wymarzonych prezentów ślubnych moich brytyjskich znajomych (!), to musimy się przygotować i na plażę i ponad trzydziestostopniowe upały na Zanzibarze i ‚na nizinach’ i na spanie w kilkunastostopniowych mrozach w drodze na Kilimandżaro. (Tak a propos, spróbujcie bezproblemowo kupić ładne bikini w Paryżu w lutym… Niby światowa stolica mody, a czułam się jak na zakupowej wersji Mission Impossible. W końcu znalazłam jako taki wybór w Galeriach Lafayette – oczywiście ceny też były odpowiednie…)

Góra rzeczy do zabrania rośnie na sofie i w okolicach, przerażająco duża część tych rzeczy to lekarstwa i inne medykamenty… (po powrocie napiszę tak bardziej ‚poradnikowo’ co najlepiej zabrać na taką wyprawę – najpierw wolę jednak skonfrontować teorię z praktyką).

Jeśli chodzi o ‚przygotowanie teoretyczne’ to, poza obowiązkowym przewodnikiem Lonely Planet, postawiłam na klasykę – Afryka, Kilimandżaro i safari to były moje szczenięce marzenia, biorę więc książki, które czytałam jako marzące o tych stronach świata szczenię… Mogłabym wprawdzie poszukać czegoś nowego o Kenii i Tanzanii, ale podoba mi się idea takiego ‚ascetyzmu’ i konfrontacji dziecięcych wyobrażeń z dorosłą rzeczywistością. Jest więc Karen Blixen i „Pożegnanie z Afryką” oraz opowiadania Hemingwaya ze „Śniegami Kilimandżaro” na czele. Jest też mistrzowski „Heban” Kapuścinskiego, który po raz pierwszy przeczytałam zaraz po wydaniu (czyli już jakieś 10 lat temu) i którym się absolutnie zachwyciłam – wracanie do ulubionych fragmentów tej książki w miejscach, które Kapuściński opisywał to będzie uczta!

Wylatujemy jutro z samego rana – jeśli się ze wszystkim uda w porę wyrobić, napiszę jeszcze parę słów przed wyjazdem – jeśli nie zdążę, to trzymajcie za nas kciuki!

Plan…

Styczeń 24, 2010

…się właściwie wyklarował, przynajmniej w teorii. W praktyce zakładamy, że jesteśmy elastyczni, zwłaszcza jeśli chodzi o drugą, tę bardziej leniwą i całkowicie samodzielną część podróży. Część pierwsza to safari i wejście na Kilimandżaro, które musiały być wcześniej zaplanowane, zarezerwowane i po części zapłacone, tu więc mam nadzieję, że wielkich niespodzianek nie będzie. Zdecydowaliśmy się na dwie różne firmy – w przypadku Kili najważniejsza była „fachowość” i ogólny profesjonalizm, w przypadku safari bardziej decydująca była cena, w przypadku i jednego i drugiego ważne było, by firma była lokalna, a wszyscy jej właściciele i pracownicy miejscowi – tak, by nasze pieniądze zostały w Tanzanii, a nie poszły do kieszeni grubego europejskiego agenta. O firmach napiszę więcej po powrocie, polecając je lub nie – na razie wolę nie zapeszać!

Plan wycieczki wygląda więc skrótowo tak (więcej na temat każdego punktu napiszę później):

3 luty – lot Paryż-Nairobi, przylot do Nairobi późnym wieczorem, przejazd do hotelu i tyle na początek nam wystarczy

4 luty – rano uciekamy lokalnym autobusem z Nairobi do Arushy w Tanzanii, czyli jakieś osiem godzin oglądania Afryki zza zakurzonych okien i podskakiwania po wyboistych drogach.

5-9 luty – safari! Zdecydowaliśmy się iść na całość  i wybraliśmy opcję pięciodniową – jezioro Manyara, prawie trzy dni w parku narodowym Serengeti oraz zachwalany przez wszystkich krater Ngorongoro. Żeby było bardziej ekscytująco (i taniej!) śpimy w namiotach, czyli tylko warstwa tkaniny i zaufanie do strażnika obozu chroni nas przed krążącymi wokół lwami…

10 luty – dzień na dochodzenie do siebie po atrakcjach safari, przejazd do Moshi – miasteczka wypadowego na Kilimandżaro.

11-17 luty – trekking na Kilimandżaro. Zdecydowaliśmy się na wejście mało uczęszczaną Rongai Route, będziemy więc atakować górę od północy, schodzić natomiast najbardziej popularną Marangu Route, przezywaną „Coca Cola Route”. Wzięliśmy też dodatkowy dzień na aklimatyzację (będziemy się aklimatyzować w Walentynki!), co może zwiększyć nasze szanse na zdobycie szczytu… choć niestety nie musi.

18 luty – „odpoczynek” w całodziennym autobusie do Dar Es Salaam. Nocleg tamże.

19 luty – prom na Zanzibar. Tu plan się robi trochę mniej rygorystyczny, działamy na zasadzie „gdzie nas ochota poniesie”. Na początek prawdopodobnie parę dni na zwiedzanie magicznego Stone Town i degustację przysmaków ze słynnego bazaru z owocami morza!

21-24 luty – błogie lenistwo na północy wyspy. Mamy zarezerwowany bungalow na samej plaży, plan jest taki by leżeć na hamaku pod palmą kokosową i gapić się w Ocean Indyjski aż do znudzenia, a wieczorem popijać egzotyczne drinki w barze. Dodam, że ani ja, ani M. nie możemy sobie przypomnieć, kiedy ostatnio tak plażowaliśmy, więc będzie to lenistwo zasłużone.

25-26 luty – może przeniesiemy się do cywilizowanej i ‚imprezowej’ Nungwi, a może nie. Może zaliczymy jakąś jednodniową wycieczkę (rezerwat żółwi, pływanie z delfinami, dżungla z czerwonymi małpami, Spice Tour, nurkowanie na rafie koralowej…), a może nie – o tym zdecydujemy na hamaku pod palmą…

27 luty – Zanzibar planujemy opuścić awionetką, która zabierze nas do Tangi na tanzańskim wybrzeżu.  Stąd już wracamy do Kenii – kierunek Mombasa.

28 lub 1 marca (w zależności od tego, kiedy uda nam się tu dotrzeć) – zwiedzanie Mombasy, potem nocny transport do Nairobi (niestety, będzie musiał być autobus lub samolot)

2 marca – dzień w Nairobi, z którym nie wiemy co zrobić jeszcze, poza tym, że znamy miesce, gdzie chcemy zjeść lunch. Wieczorem wylot do Paryża. Koniec. Bu.